06 sierpnia 2019

Przebrnąć przez noc — G. Musso, „Zjazd absolwentów”

Mamy w zagranicznej literaturze popularnej kilka takich nazwisk, których powieści wydaje się u nas w zasadzie w ciemno. Nazwiska te reprezentują pewną markę, pociągają za sobą również informację o — wyższym lub niższym, ale zazwyczaj stałym — poziomie kolejnych dzieł, który dla wydawcy jest bezpieczny, a co za tym idzie, gwarantujący pewien sukces komercyjny. Mam na myśli tutaj takie nazwiska jak chociażby Stephen King czy Nicholas Sparks, którzy są niekwestionowanymi królami utrzymującymi się na samych szczytach list bestsellerów (uprzejmie proszę o wybaczenie mi tak niefortunnego zestawienia, wszyscy wiemy, że pod każdym innym względem nie można tych nazwisk ze sobą porównywać). Jednym z takich autorów jest Guillaume Musso (który to z kolei nie powinien figurować przy Sparksie; tak, teraz będę broniła Sparksa, ale jakkolwiek pokraczny i tkliwy by nie był, Musso zawsze pozostawał dla mnie jego gorszą, niedopracowaną, francuską kopią), znany czytelnikom głównie z powieści obyczajowych z wątkiem romantycznym, i hybryd tychże z thrillerami. Niepodważalnym faktem jest to, że jest on pisarzem poczytnym. Drugim niepodważalnym faktem jest z kolei to, że jest nie tylko pisarzem słabym; jest pisarzem słabym, wesoło hasającym po rozległych polach grafomanii, czego dowodem jest jego najnowsza, wydana w ubiegłym tygodniu, książka — Zjazd absolwentów.

Mam ostatnimi czasy zwrot w stronę autorów, których czytałam x lat temu, i chociaż, jak już wspomniałam, nigdy nie byłam największą fanką prozy Musso, z ciekawości stwierdziłam, że zajrzę do tego, co teraz pisze. Powiedzieć, że nie był to dobry pomysł, to nic nie powiedzieć — jestem bardzo tolerancyjna literacko, i nie spodziewałam się wielkich zachwytów, ale lektura Zjazdu absolwentów dostarczyła mi tak intensywnego poczucia żenady, że, naprawdę, byłam zdziwiona. Oczywiście nie jest to proza, która ma łechtać moje poczucie estetyki, a zapewniać czystą rozrywkę, bo, umówmy się, Musso jest literackim kuglarzem, jego zadaniem jest na chwilę oderwać czytelnika od rzeczywistości, zapewnić mu komfort poprzez żonglowanie najprostszymi emocjami. Okej, tylko szkoda, że nowa książka francuskiego autora nawet tego nie robi. Już porzucając temat jakiejkolwiek estetyki, ta powieść nie spełnia swojej funkcji, bo jest, po prostu, nie tylko fatalnie napisana, ale jest, zwyczajnie, jedynie wydmuszką thrillera. Musso nic odbiorcy jego powieści nie oferuje — dramat głównego bohatera, uznanego pisarza, powracającego w swoje rodzinne strony, borykającego się z duchami przeszłości, wspomnieniem o ukochanej, która uciekła z innym, morderstwem, o którym nie wie prawie nikt, ten dramat, to dramat czytelnika wystawionego na próbę przez jednego z ulubionych autorów (zakładam bowiem, że olbrzymia część czytelników Zjazdu absolwentów to stali czytelnicy Musso, znający jego dotychczasowy dorobek, który z jakichś powodów spełnia ich lekturowe wymogi). To też dramat wielbicieli thrillerów, bo Musso w Zjeździe absolwentów jest nie tylko nieporadny, ale i miałki, bez wyrazu, jakby sam nie wierzył we własną opowieść. Całą historię otwiera scena, w której strażniczka miejska, co prawda po dyżurze, ale jednak, jedzie na wezwanie, i mniej lub bardziej radośnie biega sobie wśród wód i skał, i przeskakuje barierki w kilometrowych obcasach, po to, by chwilę później, udowadniając swoją odwagę poprzez zrezygnowanie z obuwia (i to tylko dlatego, że złamał jej się obcas), przeskoczyć tym razem przez zwaloną sosnę alepską. Bardziej od tych absurdalnych scen podobały mi się tylko trzy cerbery na samym końcu, poczułam się prawie jak przy wjeździe do Hadesu.

Skoro już zaznaczyłam, że nowa powieść Musso jest bardzo słaba fabularnie, i nie funduje żadnych pożądanych emocji, pragnę wypomnieć również papierowych bohaterów (w których, znowu, Musso jakby nie wierzył. A czytelnik to już w ogóle). Mam wrażenie, że autor całą swoją pracę wtopił w głównego bohatera. Thomas Degalais jest mężczyzną pyszałkowatym, wzgardliwym, oczekującym, że świat pokłoni mu się do stóp. Jest skupiony na sobie, i brak mu jakichkolwiek umiejętności do życia wśród innych ludzi. Co ciekawe, przy jego pomocy Musso uwzniośla, idealizuje postać i rolę pisarza, tym samym głaskając samego siebie po pleckach. Pisanie dla Thomasa ma zbawienny wpływ, odcina go od brutalnej rzeczywistości, z którą walczy przy pomocy długopisu i pomiętego notesu. Na nim spoczywa jedna z najważniejszych ról w społeczeństwie, ocala innych swoim pisaniem. W posłowiu oczywiście czytamy, że Thomas w żadnym stopniu nie pokrywa się z postacią autora — wyglądem, zachowaniem, czy charakterem może i nie, ale nie wierzę w bajki o niestawianiu samemu sobie pomników.





A skoro już przy bohaterach jesteśmy: łączy ich na pewno jedno — jakaś patologiczna fascynacja naturą. Znaczy, żeby nie było, podziwianie widoków jest świetną sprawą. Ale na pewno nie w momencie, kiedy się bardzo spieszymy/szukamy mordercy/zakopujemy trupa (oczywiście tutaj generalizuję, nie zdradzam fabuły, a jedynie staram się wykazać skalę absurdu). Naprawdę, dość miałam namysłu nad pięknem fal uderzających o brzeg, potęgą skalnych pagórków, czy siłą wiatru, który rozwiewa wszystkie problemy. Ta sielankowość i sentymentalizm idą w parze z głębią przemyśleń, przede wszystkim głównego bohatera. Pozwolę sobie zacytować w tym momencie moje ulubione dwa fragmenty. To moi zdecydowani i niekwestionowani faworyci, proszę spojrzeć: „Powieści wciągną w życie innych ludzi, nie wezmą jednak w kojące ramiona, kiedy opadnie cię strach.” (pisownia dosłowna, bohaterów Musso opada, nie dopada strach). I drugi: „Życie jest kruche, raz cenne, raz nic niewarte, raz zanurzone w lodowatych wodach osamotnienia, a raz w gorącym źródle miłości”. Podejrzewam, że ghostwriterem tej powieści był sam Paulo Coelho.

Ostatnia rzecz, i kończę tę litanię żałości: dialogi. Wybaczyłabym Musso prawie wszystko, ale nie te fatalne dialogi, które mają popychać akcję do przodu, a pełne są znudzenia i banału, a co najgorsze, są bardziej papierowe niż usta, które je wypowiadają. Jakby, nie wiem co tutaj się stało, dlaczego Musso cofnął się do aż tak niskiego poziomu, ale hasanie po polach grafomanii to jedno, a pisanie jakby się nigdy nie pisało to drugie. I w tym momencie pragnę powrócić do mojej początkowej tyrady na temat autorów, których wydaje się w ciemno. Przez tę wiarę w markę, w nazwisko, wydaje się tak słabe, podrzędne książki. Które oczywiście są czytane, a co więcej, pozytywnie oceniane. Zajrzałam na stronę Zjazdu absolwentów na LubimyCzytać — osiem gwiazdek. Naprawdę. Osiem. Chwyt marketingowy, dobrze kojarzące się poprzednie powieści, przyzwyczajenie, czytelnicza rutyna, nieuważna lektura. W ten sposób skomentuję nową powieść Guillaume Musso. Takie ruchy kształtują bezkrytycznych czytelników.

1 komentarze:

Hanna pisze...

Wczoraj byłam w bibliotece i pani wcisnęła mi dwie "ponadprogramowe" (bo już wzięłam na limit) książki - jedną z nich była właśnie jakaś powieść Musso. Nawet nie pamiętam tytułu. Ale kurczę, może z ciekawości zobaczę, czy dam radę przeczytać tę książkę, chociaż po okładce kojarzyła mi się raczej z literaturą obyczajową - a za taką nie przepadam.

PS A drugi cytat mnie powalił na łopatki :D

Prześlij komentarz