09 listopada 2019

Spór o intymność — A. Świrszczyńska, „Jeszcze kocham… Zapiski intymne”

Ciężko jest oceniać jakąkolwiek wartość literacką intymnego dziennika Świrszczyńskiej, bo wartości tej tutaj po prostu nie ma — poetka w swoich nerwowych, chwilami wręcz spazmatycznych notatkach całkowicie się odsłania, jest naga, i właśnie, nie wykorzystuje jakichkolwiek zabiegów literackich, by móc się nimi choć połowicznie okryć. Pojawia się pytanie, czy możemy w tym przypadku w ogóle mówić o literaturze. Oczywiście, dziennik intymny, którym Jeszcze kocham… jest, zaliczymy gatunkowo do literatury dokumentu osobistego — odbieram jednak te notatki jako tak silnie motywowane chwilą, nagłą emocją, że ciężko jest mi o nich jako o literaturze myśleć, ich tworzenie stanowi dla mnie naturalny odruch, porównywalny wręcz z fizjologicznym — pamiętajmy, że mamy tutaj do czynienia z notatkami osoby z literatury żyjącej, literaturą oddychającej (i literaturę wykorzystującej do ustawiania sobie życia wedle własnego widzimisię, zainteresowanych odsyłam do wstępu poprzedzającego faktyczny dziennik poetki, przedstawiającego liczne sytuacje, niejednokrotnie wręcz groteskowe, w których Świrszczyńska wręcz żądała dofinansowań, stypendiów, etc. od Związku Literatów Polskich, którego członkinią była — bo jej, jako artystce, „się należały”). Czytam te wpisy jako świadectwo istnienia człowieka i uczucia, nie jako dziennik pisany z myślą o jego późniejszym wydaniu.

Świrszczyńska w swoich zapiskach jest bardzo egoistyczna, ustanawia się w centrum wszechświata. Istnieje tylko jej „ja”, wszystko wokół jest zaledwie tłem — na co zwraca również uwagę we wstępie do notatek Wioletta Bojda. Najważniejsza dla poetki była ona sama, jej praca, zdrowie, i przede wszystkim: czas. Ludzi, zdaje się, traktowała jako dodatek do swojego życiowego przedstawienia. Z miłosnych notatek płynie zaskakująca pewność siebie, a to, co uderza najbardziej, to niezwykle silne przekonanie sześćdziesięcioletniej wówczas Świrszczyńskiej, że wszystko jeszcze przed nią. Poetka swoimi wpisami udowodniła, że marzenia i potrzeby kobiety starszej, doświadczonej przez życie, wcale nie różnią się od tych, które mają dwudziesto- czy trzydziestolatki. I jest to ogromny ukłon w stronę wszystkich kobiet.

W Jeszcze kocham… poetka jawi się jako osoba niezwykle nieszczęśliwa, próbująca ratować siebie po zdradzie męża; bardzo samotna w relacjach z drugim człowiekiem. Pragnąca bycia kochaną, nie pożądaną, oczekująca prawdziwego uczucia, nie pustego związku opartego na seksie. Bardzo smutne są to notatki, nawet jeśli budzące pewnego rodzaju zdziwienie. Ale i pytanie: po co było wydawać? Mnóstwo mamy na rynku wydawniczym dzienników intymnych, które były pisane przez autora dla niego samego, a decyzja o wydaniu została podjęta dopiero później. Ale wpisy Świrszczyńskiej nie są klasycznym dziennikiem, są impulsem, nagłą reakcją na rzeczywistość i myśleniem na papierze; poetka chwilami niczym nastolatka analizuje kolejne słowa swojego partnera, odtwarza jego wypowiedzi na swój temat, parafrazuje, próbuje otulić się żywym wspomnieniem i udowodnić samej sobie swoją wartość. Dziwny to (nie)dziennik, prezentujący obraz poetki tak różny od naszego utrwalonego jej wyobrażenia. Odpowiadając na wcześniejsze pytanie, nie wiem po co było wydawać. Mogę za to zaproponować jak czytać: jako ciekawostkę.

Albo porozmawiajmy o tym, kiedy i w jakich sytuacjach dzienniki intymne przekraczają wszelką intymność.


0 komentarze:

Prześlij komentarz