05 marca 2020

Matka Ziemia składa dymisję — D. Vann, „Brud”

W spalonym słońcem ogrodzie, na zżółkniętej trawie, wśród drzew, o których zapomniał deszcz, David Vann umiejscawia akcję Brudu, powieści diametralnie różnej od znanej już polskiemu czytelnikowi Legendy o samobójstwie. Podczas gdy Legenda operuje sporadycznie uderzającymi, ale najsilniejszymi emocjami, w Brudzie Vann co chwilę wyprowadza odbiorcę z jego strefy komfortu, czyni to jednak sukcesywnie, przez co — mniej inwazyjnie. Nie oznacza to jednak, że Brud jest łagodniejszy od Legendy, ponieważ ten stale utrzymujący się niepokój potrafi działać intensywniej i dużo bardziej skutecznie, niż takie pojedyncze ciosy. Pierwsza wydana w Polsce proza Vanna spotkała się z fenomenalnym odbiorem; autobiograficzna opowieść o traumatycznej relacji na linii ojciec-syn, w której autor po prostu rozlicza się, w wyjątkowy sposób, ze swoją przeszłością, zebrała bardzo dobre recenzje i była szeroko komentowana. Mimo że byłam, i w zasadzie wciąż jestem jedną z tych osób, na której Legenda zrobiła olbrzymie wrażenie, po przeczytaniu Brudu uważam, że to właśnie on jest tą powieścią Vanna, na którą czekaliśmy.

Fenomen Brudu rozkłada się na wiele płaszczyzn. Przede wszystkim — pojawia się kluczowe pytanie, kto tak naprawdę jest głównym bohaterem powieści. Cała historia bowiem zatacza koła wokół Galena, dwudziestodwulatka mieszkającego z matką w wielkim domu pośrodku niczego. To na nim i jego doświadczeniach, zarówno fizycznych, jak i psychicznych, skupia się cała uwaga czytelnika. Galen, mimo że osiągnął już dorosłość, wciąż nie podjął decyzji o rozpoczęciu studiów lub pracy. Nie jest to jego obowiązek — wspominam o tym jednak, aby zaznaczyć, że nie była to właściwie jego decyzja, ale efekt działań matki, która, jakby w obawie przed wyfrunięciem jedynaka z gniazda, starała się przekonać syna, że po pierwsze, studia to dość duży wydatek, i chwilowo ich sytuacja finansowa nie pozwala na zrealizowanie tego planu Galena, a po drugie, że przecież jest jeszcze czas, i gdzie mu się tak spieszy, przecież w rodzinnym domu jest mu najlepiej na świecie. 

Opuszczenie domu przez syna wiązałoby się dla kobiety z końcem pewnego etapu nie tylko w jego, lecz przede wszystkim, w jej życiu. Wyprowadzka dziecka mogła stanowić dla kobiety sygnał, że oto młodość nieuchronnie ucieka, a w przypadku tej bohaterki jest to kluczowa sprawa, bowiem jako najmłodsze dziecko w rodzinie, już jako dorosła osoba, wciąż traktowana jest przez matkę poniekąd jak mała dziewczynka, przez siostrę prześmiewczo nazywana „małą Suzie-Q”. Matka Galena jest specyficzną postacią — jej pokój wciąż przepełniony jest zabawkami z dzieciństwa, wygląda jak sypialnia kilkulatki. Ona sama jest kobietą bardzo wrażliwą, podatną na skrajne emocje (nagłe wybuchy smutku czy gniewu). Co najistotniejsze: obsesyjnie wspomina swoje dzieciństwo, idealizuje je, jest ślepa na wszelkie zło, które wydarzyło się podczas jego trwania; wypiera z pamięci wszelkie traumy, i ucieka od rzeczywistości w te wyidealizowane wspomnienia, które często stanowią mix fantazji, niespełnionych oczekiwań i rzeczywistych zdarzeń. 

Vann od samego początku powieści buduje bardzo śliską relację (tym razem) pomiędzy matką a synem. Galen jest rozpieszczony do granic możliwości, czego ceną jest nagminne upupianie go przez matkę, która w trosce o komfort i dobre samopoczucie syna odkrawa mu w kanapkach skórki od chleba. Suzie-Q jest doskonałym materiałem na pierwszoplanową bohaterkę, Vann jednak z jakiegoś powodu odsuwa ją w cień syna, jakby opowiadając jej historię poprzez jego doświadczenia. Te dwie postaci bez siebie nie funkcjonują. To, co robi Vann, jest niesamowicie ciekawe, i bardzo doceniam ten chwyt, chwyt opowiadania jednej historii poprzez drugą, bo nie sili się na oczywistości i najprostsze rozwiązania, ale wymaga od swojego czytelnika pogrzebania w fabule, odkrycia tego, co ukryte na powierzchni.

Lęk przed dorosłością Galena jest jednocześnie lękiem przed jej własną dorosłością (w pewnym momencie matka tłumaczy synowi, że przy jego pomocy, kiedy był mały, chciała odtworzyć własne dzieciństwo). Momentem kulminacyjnym, w którym jej uczucia względem syna się zmieniają, momentem, w którym Suzie-Q decyduje się bronić przed jego dorosłością, swoją dorosłością, kiedy stawia na swoje poczucie bezpieczeństwa i komfortu, nie jego — jest scena, w której matka staje się świadkinią uprawiania seksu przez syna. Akt współżycia w jej oczach może być odczytywany jako nieodwracalne przekroczenie bariery oddzielającej dzieciństwo od dorosłości. Ponadto, jak już wspomniałam, kobieta wypiera wszelkie myśli oraz doświadczenia związane z przemocą — a z tym właśnie mogło skojarzyć jej się zdarzenie, którego nie powinna była widzieć. To właśnie ono doprowadziło do pewnego pęknięcia w ich relacji, będącego początkiem „pożaru”, który wybuchnie w i tak już spalonym słońcem ogrodzie.

Galen wychowywał się bez ojca, a jedynym mężczyzną obecnym w jego życiu był dziadek, będący ogniskiem przemocy, która tak istotnie wpłynęła na życie Suzie-Q. Główny bohater żyje otoczony samymi kobietami — matką, ciotką, kuzynką i babką (nie mamy żadnych informacji, czy jego ojciec, podobnie jak dziadek, ulegał przemocy, możemy zawierzyć matce, która mówi, że po prostu zostawił rodzinę; możemy też domyślać się, że mógł mieć z tym coś wspólnego, stąd też został wykluczony przez Suzie-Q z rodziny). Nic również nie wiemy o ojcu Jennifer. W tej rodzinie nie ma miejsca dla mężczyzn — wyjątkiem jest właśnie Galen, na którym odbijają się wszystkie problemy otaczających go kobiet, winny urodzenia się mężczyzną. Być może to właśnie dlatego Vann jego, nie matkę, ustanawia głównym bohaterem, abyśmy, jako czytelnicy, skupieni byli na centrum. 

W Brudzie nie ma przypadkowych postaci, każdą z nich autor projektuje po coś, każda z nich ma swoją określoną funkcję w tej historii. To jest kolejny element fenomenu powieści — darowany nam zostaje de facto jeden duży, rozbudowany wątek, ale tylko na pierwszy rzut oka. Kiedy zaczniemy zastanawiać się, po co Vannowi są akurat te konkretne postaci, i do czego mogą one mu się przydać, zobaczymy, że zależnie od tego, od której strony ugryziemy tę powieść, dostaniemy kilka różnych historii, niekoniecznie łączących się w jedną całość. Vann ustawia na drodze Galena siedemnastoletnią Jennifer, która ma uświadomić mu, jakim jest życiowym nieudacznikiem; jednocześnie jest ona początkiem opowieści o nastolatce silnie świadomej swojej seksualności. Jej matka, ciotka Galena, to to poszkodowane w rodzinie starsze dziecko, które pozostaje w cieniu młodszego — tak właśnie wygląda relacja Helen z Suzie-Q. Jednocześnie ciotka jest tą postacią, którą najtrudniej jest rozgryźć, jest bowiem najsłabiej nakreślona, lecz ma swoje zadanie w tej opowieści. Jest nie tylko kontrastem dla matki głównego bohatera, jest także jedyną osobą, która w jakikolwiek sposób Galenowi nie ulega, jest na niego całkowicie odporna, żeby nie powiedzieć: obojętna. 

Mamy jeszcze babkę cierpiącą na zaniki pamięci, zakochaną w Galenie tak samo jak jej młodsza córka. To jemu, nie Jennifer, ofiarowuje pieniądze, pyta o plany na przyszłość, troszczy się i zachwala. W jednej ze scen kuzynka sugeruje, że przewaga Galena w walce o względy babci polega na tym, że jest on mężczyzną (Jennifer ma nad nim jednak pewną przewagę i stara się tę męskość za wszelką cenę okiełznać). Idąc tym tropem, być może za to również faworyzowana była, już jako dorosła osoba, Suzie-Q: za urodzenie chłopca, a nie jak Helen — dziewczynki.

Otoczony kobietami Galen ucieka od nich, paradoksalnie, w ramiona innej kobiety: Matki Ziemi. Zagubiony w codziennych sytuacjach, mający dość drugiego człowieka, zagłaskiwany przez matkę na śmierć — w naturze szuka swojej tożsamości. Galen stara się dotrzeć do pewnej pierwotności, próbuje zespolić się z przyrodą, która daje mu ukojenie, ale i pewnego rodzaju moc. Mniej lub bardziej świadomie odprawia rytuały, biega nagi po ogrodzie, naciera się ziemią, stara się stać z nią jednością. Vann tworzy bohatera bardzo cielesnego, świadomego swojego ciała, opowiadającego o nim. „[Galen] nie chciał ludzkiego społeczeństwa. Chciał dołączyć do czasu geologicznego” — opowiada narrator. W przypadku głównego bohatera rzeczywistość, rodzinę odczytywać możemy jako sferę materialną, naturę zaś jako przestrzeń duchową, sacrum, w której Galen odżywał, ładował baterie i dystansował się od świata realnego.

Okazuje się, że Galen nie jest w stanie ustrzec się przed pewnego rodzaju fatum i sam ulega przemocy, staje się jej wykonawcą. Być może starania matki o utrzymanie go w stanie niewinności, nie-dorosłości były celowe — Suzie-Q opóźniała moment, w którym w Galenie uruchomi się, być może dziedziczona wyłącznie w męskiej linii, przemoc. Zarówno matka jak i syn stają się tutaj ofiarami, i to ofiarami samych siebie. Vann nie tworzy bohatera negatywnego, ale tragicznego, w którego los wpisane jest cierpienie.

Brud jest historią, którą należy rozbierać kawałek po kawałku, warstwami — aż dotrzemy do samego środka, którym jest Galen, a wokół którego oplatają się herstorie kobiet z jego rodziny. Z jednej strony możemy myśleć o Brudzie jako o powieści bardzo spokojnej, powoli się rozwijającej. Z drugiej jednak wywołuje ona w czytelniku pewną dezorientację — nagle dostrzegamy, że z jednego wątku możemy wyznaczyć ich kilka, i stajemy przed trudnym wyborem, którędy droga, którędy pójść, i pada pytanie: dokąd nas ta ścieżka zaprowadzi? Vann zastawia na czytelnika wiele pułapek, jego proza jest bardzo nieoczywista i możemy odczytywać ją na kilka różnych sposobów. W pewnym momencie nie wiadomo, na czym powinniśmy się skupić. Na tym przede wszystkim polega przewaga Brudu nad schludną Legendą o samobójstwie. Parafrazując pewnego klasyka: tkwi jednak jakiś porządek w tym chaosie.

Fenomen Brudu nie kończy się na nieoczywistym wyborze głównego bohatera, czy na wielowymiarowości postaci. Ten fenomen realizuje się w zasadzie przede wszystkim w języku, w doskonałych, ciętych, bardzo często absurdalnych dialogach (wspaniałe tłumaczenie Dobromiły Jankowskiej, która odpowiedzialna jest również za tłumaczenie Legendy), które wiele nam mówią o wykreowanych przez Vanna postaciach i ich wzajemnych relacjach, stopniach zażyłości, podejściu. Ponadto, co istotne — autor nie boi się pisać na tematy kontrowersyjne, poruszona w Brudzie kwestia kazirodztwa jest pozbawiona wszelkich skrajnych emocji, Vann pisze o nim wręcz beznamiętnie, udowadniając, że tabu w jego prozie nie istnieje.

Ale Brud ma także doskonałą kompozycję, powieść możemy w zasadzie podzielić na dwie części. W pierwszej z nich autor przedstawia nam bohaterów, krystalizuje relacje między nimi, oprowadza po makiecie ich świata. W tej części dzieje się sporo — matka kłóci się z ciotką, wszyscy zabierają babkę na wycieczkę do domku w lesie, Jennifer manifestuje swoją seksualność, Galen gapi się w niebo leżąc na gałęzi drzewa — generalnie wszystko i nic. Technicznie jest to jednak doskonała praca, bo Vann na tych niewiele ponad stu stronach rozkręca nam akcję, i nagle przechodzi do części drugiej, w której wszystko zamiera. Tak jakby ktoś nagle przycisnął mute na pilocie od telewizora. Znika praktycznie wszystko, babka jest w swoim ośrodku, Helen z Jennifer odjeżdżają, zostaje tylko Galen z matką, i my wraz z nimi, w ich ogrodzie. I jeżeli to, co dzieje się w pierwszej części powieści nazwiemy literaturą slow, to w drugiej mamy slow potrójne; Vann osacza nas i kieruje nasz wzrok na najdrobniejsze szczegóły. Czas w ogrodzie jak gdyby się zatrzymuje, słychać jedynie przeraźliwą ciszę i odgłos łopaty uderzającej w ziemię. Wszelkie konsekwencje tego, że Suzie-Q ujrzała swojego syna uprawiającego seks, rozegrają się pod osłoną ogrodowych drzew.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza