13 marca 2020

Tango pod grzybkiem — B. Klicka, „Zdrój”

Po pierwszej lekturze Zdroju byłam rozczarowana. To, co Klicka oferuje nam w swoim prozatorskim debiucie, wydawało mi się niewystarczające w porównaniu z jej niesamowitymi zdolnościami narracyjnymi, które prezentuje na spotkaniach autorskich. Nie wspieram bynajmniej dyskusji, jaka przetoczyła się po środowisku literackim po premierze Zdroju, oscylującej wokół zarzutu, jakoby powieść Klickiej była zbyt krótka — jeszcze do niedawna nie tylko nasze rodzime autorki i autorzy udowadniali nam, że w krótkiej formie można zmieścić czasami dużo więcej niż w opasłym tomie (mam na myśli chociażby Zytę Rudzką z jej Krótką wymianą ognia, czy Michała Cichego i jego Zawsze jest dzisiaj). Do niedawna, bo coraz częściej mówi się o zwrocie w stronę tychże, liczących sobie co najmniej ponad trzysta stron powieści, zwłaszcza od kiedy na rynek wydawniczy w październiku ubiegłego roku powróciła Dominika Słowik z drugą, po bestsellerowym Atlasie: Doppelganger, powieścią — Zimowlą. 

Nie o „krótkość” u Klickiej mi chodziło, ale o jakość, bo zachwycona gęstością opowieści zasłyszanych na żywo, wręcz gawędziarstwem autorki, oczekiwałam, że na tych niewiele ponad stu stronach otrzymam ich kwintesencję. Zdrój wydał mi się wtedy wybrakowany, niedopowiedziany; czułam się zawiedziona. Dopiero druga lektura pozwoliła mi złapać rytm tej historii i uświadomiła kilka spraw, które realnie wpływają na mój odbiór prozy Klickiej. Po pierwsze: ta powieść z założenia ma być niedopowiedziana, a przede wszystkim — wybrakowana. Bo taka jest jej główna bohaterka. Kama jest niewystarczająca. I narracja, fabuła — mają być z nią tożsame. Po drugie: poetycka zasada głosi, że less is more, a autorka stosuje się do niej również w swojej prozie. Jednak nie tylko w tym objawia się pierwotna, liryczna natura Klickiej. Cały Zdrój zbudowany jest z pojedynczych, małych fraz, które mogłyby budować kolejne wiersze. Autorka jest bardzo skupiona na języku, co objawia się w grach słownych, powiedzonkach głównej bohaterki, dialogach. One są wyjątkowe, bo napisane tak, że podczas lektury „słyszy się” nie jeden głos, lecz kilka, a to trudna sztuka, sztuka niepisania papierowych rozmów. Jest w tej powieści pewna giętkość, melodyjność. Zdrój został stworzony po to, by czytać go na głos.

Prozatorski debiut poetki to mikroopowieść o Kamie, dziewczynie z Warszawy. Kama jest po trzydziestce i dwóch operacjach, prawdopodobnie nowotwór, ale jak wszystko w Zdroju, i choroba pozostaje niedopowiedziana. Główną bohaterkę poznajemy w momencie, kiedy jej życie tkwi w pewnym zawieszeniu, ponieważ choroba się już zakończyła, co miało zostać wycięte, zostało wycięte, kobieta jednak nie powróciła jeszcze do normalnego życia, codzienności sprzed walki o siebie. Jedną nogą tkwi więc w przeszłości, drugą w przyszłości i ten niepełny szpagat obrazujący jej sytuację, być może przyda jej się na zajęciach rehabilitacyjnych, na które została wysłana przez ZUS, rzekomo dla jej dobra, a tak naprawdę, by w papierkologii wszystko się zgadzało. Kama więc wyjeżdża na turnus do Ciechocinka, i ledwo jej stopa postanie na ciechocińskiej ziemi, Klicka rusza z atakiem na procedury, formalności, stosunek do chorującego bądź przechodzącego rekonwalescencję pacjenta — zaczynając właśnie od niesprawiedliwie gorszej pozycji zus-owców, czyli podopiecznych nieprywatnych. Krytyka zawiera się w dialogu z pierwszą koleżanką Kamy z turnusu, która najpierw gra zupełnie zdezorientowaną, a potem cwaniacko podkrada naszej bohaterce ostatnie dobre w ośrodku miejsce. I od tej sceny zaczyna się jakiś dziwny, skomplikowany wyścig szczurów rozgrywający się pomiędzy pacjentami przebywającymi w ośrodku, wyścig cichy i niejako tajny, wyścig nie wiadomo po co, i w ogóle o co. Nie pomiędzy wszystkimi co prawda — pacjentów bowiem podzielić możemy na dwie grupy, na tych biorących czynny udział w codziennych bezsensownych utarczkach, i tych biernych, luzacko przebywających w swoich własnych światach, niepróbujących podjąć jakiejkolwiek integracji i próby wpisania się w to małe społeczeństwo, które tymczasowo zaczyna tworzyć się w ośrodku. 

Ci pierwsi to zazwyczaj panie po sześćdziesiątce, których jedyną rozrywką w życiu są właśnie tego typu wyjazdy i realizowane w ich ramach entuzjastyczne uprzykrzanie życia innym, zbudowane na niedyskretnych pytaniach i często niegrzecznych uwagach. To również „elita” wśród obecnie w ośrodku przebywających, dyktująca zasady i wymierzająca kary. Ci drudzy to tak zwani wakacjonowicze, czyli ci, dla których przestrzeń świata rzeczywistego przestaje istnieć, jest tylko ośrodek i nic poza nim, a chwile, które właśnie przeżywają, to jedne z najpiękniejszych w ich życiu, bowiem w końcu udało im się wyrwać z jakiejś rutyny, stagnacji; tym starszym przypomina się młodość, tym młodszym, że wciąż są młodzi, i trzeba to jakoś wykorzystać. To jest the time of their lives, uświadamiają sobie potęgę życia, i że żyć w końcu należy zacząć.

A skoro już przy pamięci jesteśmy — odgrywa ona bardzo istotną rolę w Zdroju, ponieważ lecznicze tu i teraz Kamy odegrało się już w przeszłości, i główna bohaterka wspomina swoje pobyty w sanatoriach, w których to bywała już jako mała dziewczynka. Pomiędzy jej pobytami wtedy i pobytami teraz nie ma zbyt wielkiej różnicy. Wtedy, grając rolę matki innych dzieci, traktowana była jak dziecko. Teraz, nie próbując grać nikogo — nadal traktowana jest jak dziecko. Klicka bardzo wyraźnie rozrysowuje w powieści strukturę ośrodka, wewnętrzną hierarchię, na szczycie której są oczywiście lekarze, później pielęgniarki i sanitariusze, na samym zaś jej dole — mniej lub bardziej próbujący z nią walczyć pacjenci. Zdrój jest jednym z elementów konstelacji zwanej przeze mnie „literaturą szpitalną”, który to nurt niejako zapoczątkowała w 2018 roku Olga Hund swoimi Psami ras drobnych (do zestawienia dorzucam jeszcze wyjątkowo nieudane Zaraz będzie po wszystkim Grzegorza Uzdańskiego). Te trzy powieści łączy jedno — ukazanie wewnętrznej struktury ośrodków (u Klickiej jest to sanatorium, u Uzdańskiego dom starców, u Hund z kolei szpital psychiatryczny) i wyższości personelu nad podopiecznymi. Klicka w Zdroju uprawia bardzo wyraźną krytykę tych mikrośrodowisk, ukazując bezduszność i lekceważącą postawę personelu wobec osoby doświadczonej chorobą, a więc już z tego tytułu — słabszej.


Kiedy jednak Hund i Uzdański bardzo krótko trzymają swoich bohaterów na smyczy, Klicka pozwala Kamie nie tyle na bunt, co na próbę odnalezienia drogi do niego. Główna bohaterka mimo traumatycznych przeżyć nie pozwala się innym stłamsić, nie walczy ani z innymi podopiecznymi ani z personelem, jednocześnie też nie poddaje się im, bo kiedy zachodzi taka konieczność, potrafi nie tyle odpyskować, co chłodno przedstawić swoje stanowisko. Kama szuka buntu w sobie, ponieważ przytłacza ją trzymanie jej w klatce przez wszystkich związanych z jej chorobą; nie mówi o tym głośno, ale sytuacja, w której jej ciało zostaje zupełnie odseksualnione nie jest dla niej komfortowa. Tak się jednak dzieje, ciało w obliczu przebytej choroby staje się nagle wyłącznie pustą powłoką, która nic nie kryje, ani tego, co zostało wycięte, ani dziecka, którego dopomina się pierwszy typ kuracjuszek, czy to przy śniadaniu, czy pod prysznicem, kiedy bohaterka jest najbardziej bezbronna, bo jej powłoki również nic nie osłania, żadne ubranie, jest naga. Stąd też Kama postrzegana jest jako ta wybrakowana, bo nic prócz nowotworu nigdy w niej nie rosło. Główna bohaterka próbuje na nowo odnaleźć swoją seksualność; Klicka przychodzi z pomocą stawiając na jej drodze Piotra, który zdaje się być postacią z zupełnie innej rzeczywistości. Podobnie jak Kama, jest wybrakowany, każdego dnia jednak inaczej, jego ułomności są zmienne, on sam zaś zdaje się być fragmentem realizmu magicznego, po który sięga autorka. Jest w nim coś niepokojącego, bo nieodkrytego — nie wiemy do końca z kim tak naprawdę my, ale przede wszystkim Kama, ma do czynienia.

Heterotopia, o której pisze Klicka, jest przestrzenią rządzącą się własnymi prawami, niepodległą zasadom otaczającego świata. Autorka nie stara się stawiać diagnozy społeczności przebywającej w obrębie ośrodka, ale przedstawia pewien wycinek rzeczywistości, który stara się scharakteryzować i sproblematyzować. Jest w tych kreowanych przez nią postaciach coś gombrowiczowskiego, snuje się pomiędzy ośrodkiem a ulubionym przez kuracjuszy grzybkiem pewien absurd, ten sam, który tkwi w reakcjach pacjentów na informację, że Kama pochodzi z Warszawy. „To nie za dobrze” — odpowiadają wszyscy chórem. Jest w kuracjuszach widoczny jakiś specyficzny lęk przed wielkomiastowością, a co za tym idzie, przed postępem i odchodzeniem od pewnych utartych zwyczajów, lęk przed życiem, które nie podlega schematom. Klicka zamyka przestrzeń ośrodka i okolic na cztery spusty, obkłada staromodną boazerią i zatrzymuje czas na zawsze. To nie chorób i śmierci lękają się pacjenci — ale życia.

1 komentarze:

pauvrelelian pisze...

I'm afraid, że recenzja przerosła książkę.

Publikowanie komentarza