06 czerwca 2020

Nigdy nie ma zawsze

Zabawa w zajmowanie się aspektem autobiograficznym czyjejś twórczości zazwyczaj kończy się silnym przywiązaniem do jej autorki bądź autora. Nie jest istotne, czy tę osobę lubimy czy nie, czy polubilibyśmy ją w tak zwanym prawdziwym życiu, czy wręcz przeciwnie. Tworzy się specyficzna bliskość, czasami mam wrażenie, że niewytłumaczalna. Bo oto zdecydowaliśmy, że zajmiemy się cudzym życiem, które ktoś postanowił wpleść w swoją twórczość lub całkowicie ją na nim zbudował. Po jakimś czasie pojawia się pytanie, co nami kierowało, że akurat ta osoba, że akurat to życie. Wydaje mi się, że rządzi tym przypadek, ironia losu. Jakiś impuls. Przynajmniej tak było w moim przypadku, kiedy coś sprawiło, że postanowiłam zająć się autobiograficznością Jerzego Pilcha. Coś – bo w zasadzie kiedy o tym myślę, kiedy myślałam o tym przez ostatnie lata, nie umiałam nigdy jednoznacznie stwierdzić, co o tym zadecydowało. Kiedy wracam pamięcią do roku 2016, w głowie pojawia mi się kilka pojedynczych faktów, żaden z nich jednak nie tłumaczy tej decyzji. Przypominam sobie, że długo nad tym nie myślałam, po prostu zaczęłam to robić. Jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi, autobiograficzność Pilcha stała się moją autobiografią.

Chciałabym napisać, że był (a więc tak brzmi Pilch w czasie przeszłym) pewnego rodzaju moim literackim fatum. W momencie, w którym jego podarowane mi Wiele demonów wylądowało na mojej półce, nawet przez myśl mi nie przeszło, że kilka lat później znajdujący się w nich dialog dwóch sióstr uznam za najlepsze, co mi się w literaturze przytrafiło (co też głoszę do dziś). Chciałabym napisać, że zostałam na niego skazana – bo gdyby od początku do końca przedstawić tę groteskową historię, w ten sposób można by o tym myśleć – nie napiszę jednak, ponieważ i fatum i skazanie na coś niosą za sobą wyłącznie negatywny wydźwięk. A twórczość Pilcha, zajmowanie się nią przez ostatnie cztery lata, podarowała mi same dobre rzeczy – od utwierdzenia mnie w przekonaniu, że w literaturze najważniejszy jest dla mnie człowiek, przez ukierunkowanie moich głównych zainteresowań literackich, aż po czujność, krytyczne myślenie, uważną obserwację świata. Nieopierzone i buńczuczne stworzenie, jakim byłam, bardzo przy lekturze Pilcha spokorniało. Mam świadomość, w jak komfortowej sytuacji znajdowałam się przez te wszystkie lata, było coś wielce wyjątkowego w tym, że tak uznany przeze mnie człowiek, z obszernym dorobkiem literackim, który skrupulatnie odkrywałam, czytałam, pisałam o nim, wciąż tworzył, i ja na bieżąco mogłam komentować, przeżywać, niejednokrotnie irytować się jego kolejnymi działaniami na literackim polu. Stanowiło to duży fragment mojej rzeczywistości.

Autobiografia – z oczywistych względów – nigdy nie zostaje napisana do końca. Urywa się w jednym momencie, zawsze tym niewłaściwym. Pilch w ostatnich latach przygotowywał nas do niego, czyniąc to na swój własny gorzki, ironiczny sposób. Być może właśnie przez to jego podejście, wizja rychłego końca autobiografii, choć wciąż obecna w świadomości, stawała się na tyle oswojoną, że aż nierealną, powiedziałabym: abstrakcyjną. I oto nagle stało się: zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym. W pierwszej chwili: zaskoczenie, no ale jak to, czyli jednak? W drugiej: przytłaczający ciężar, którego żadne słowa nie opiszą. Za chwilę zaś chłodna myśl: a więc w ten sposób kończy się ta historia.

A więc nawet ta historia się kończy. Przyznaję się do poczucia pewnego rodzaju bezradności, jestem w moim smutku samolubna. Myślę o tym, w jakie słowa Pilch ubrałby ten czas. I to chyba boli najbardziej – że to nie on napisze swoją opowieść do końca. Przed nami olbrzymie wyzwanie – dopisać za niego zakończenie. I to w sposób, z którego byłby zadowolony. W sensie ścisłym, oczywiście.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza